25.02.2015

Marija z pustynnego stepu

Życie jest zaskakujące. Jedna z sytuacji, na którą nie da się w życiu przygotować, to pustynia. Jest niemiłosiernie wymagająca. Potrzeba wiele cierpliwosci i samozaparcia,
by w tym braku życia odnaleźć nadzieję na odrobinę ulgi. Pisząc to mam niewypowiedzianą przyjemność siedzieć na wielblądzie, słyszeć tylko wiatr i widzieć tylko bezkres
pustynnego krajobrazu. Jesteśmy po posiłku pod krzakiem wśród kóz i naczyń mytych piaskiem. Po kolejnej trasie zatrzymaliśmy się w wiosce pełnej dzieci. Miejsca
odwiedzamy różne, ale to co mnie najbardziej ciekawi to człowiek. Wioska, z której ruszamy w dalszą podróż, wydaje się być na końcu świata. Pełna starych ludzi i dzieci,
które walczą o każdy gest i spojrzenie. Raz zrobisz karuzelę i nie masz wytchnienia. Prosta czynność fizjologiczna sięgnęła górnej granicy zaawansowania. Tu naprawdę
trudno znaleźć ustronne miejsce. Ludzi niby mało terenu dużo, a jednak z każdej strony jakieś oczy. Zatęskniłam za gęsto porośniętym krzakiem akacji z dzieciństwa;)
mój pustynny anioł stróż dba o to, bym czuła się dobrze. Co rusz częstuje tabaką zmieszaną z czymś, co przypomina drobny żwir, a smakuje jak kadzidło. Ślina produkuje
się sama i należy ją co jakiś czas wypluć. Kiedy tak pluję i siedzę na tym wielblądzie, to czuję jakbym już coś rozgryzła, choć nie wiem tak naprawdę nic. Summar, Gula i
Aliy, nasi towarzysze zdają się czuć dobrze w naszym towarzystwie. Z jednej strony to ich praca, ale mowią, że jesteśmy inni od wszystkich;) Ha, no któż nie chciałby
uslyszeć takich słów na środku pustyni. Widoki są piękne, zupełnie nam obce, choć znane z fotografii. Zostajemy tu na noc. Cztery ściany piasku, my i jeszcze 10 kumpli
naszych guardów. Normalna sprawa, impreza jak się patrzy, najwyraźniej nie tylko dla nas. W garnku od ok. 2 h gotuje się kozie mięso, warzywa, ryż i chleb chapati.
Jednym słowem będzie uczta.
Uczta rzeczywiście była. Koza jak ustaliliśmy musiała być bardzo wybiegana, bo bardzo żylasta. Ale ja wlaściwie o tym, że brakuje mi slów. Obrazków. Nazw.
Wieczór spędziliśmy w towarzystwie dwóch aniołow. Summar i Ali. Oboje przy bliższym poznaniu zdradzili wiele ze swego prawdziwego ja. Nie musieli. Tak naprawde to
ich praca, spotykają wielu ludzi. W większości przygoda kończy się milczeniem. A to ich "ja"jest tak ujmujące, że nie da się o tym nie wspomnieć. Przede wszystkim są
to inni ludzie niż ci spotkani w mieście. Pragnienia. Marzenia i dążenia mają te same, ale wyrażone tak prosto i tak czysto nabieraja rozczulajacej głębi. Ciężko jest nam
sobie wyobrazić, że człowiek, z którym rozmawiamy w miarę płynnie nie potrafi czytac ani pisać. Nie rozpoznaje znaków, a zatem posiadając telefon nie może
odpowiedzieć na wiadomości. Więcej - nie zna dnia swoich urodzin, a jedyna wiedz to taka, że był kiedyś mały. Summar mówi, że ma 25 lat, wygląda na 40. To pewnie
wynik ciężkiej pracy w słońcu i nieznajomość swojego wieku. Są prości, nie mają prawie nic. Znajdą język. Okrutnie pożartowalismy z dużą doza sarkazmu w jezyku im
i nam dobrze nie znanym. Wszystko, co wiedzą to przypadkowe i bardzo praktyczne umiejętności.
A zatem wieczór i noc w piaskach pustyni spędziliśmy na rozmowach i żartach, czyli tym co lubię najbardziej. Z tych ludzi wypływa bardzo dużo dobra. Ich praca,
czyli prowadzenie ludzi na pustynię sprawia, że mają takie małe okno na świat, którego w większości nie rozumieją, ale przyjmują z pokorą i zaciekawieniem.
Swoje przyszłe żony wybrane przez rodzicow i rodzeństwo widzą dopiero po ślubie. Mowią, że gdy nie chcą żenic sie z kimś, kogo nie znają, to proszą Boga, by ich
wczesniej zabrał. Pojmowanie wielu spraw przez nich jest wrecz dziecinne, ufne i bez zbędnych pytań. Dobro jest tym, co znają, nie szukaja dalej. Brak pieniędzy i trudne
warunki życia nie są dla nich argumentem, by postępować wbrew swoim zasadom. Nie wezmą pieniędzy znalezionych na pustyni z tej prostej przyczyny, że Bóg kiedyś
zapyta ich dlaczego nie swoje wzięli. Kwestie fizjologiczne przestały już być dla nas zagwozdką. Człowiek się jednak szybko przystosowuje. Pytanie w środku pustyni o
toaletę byłoby niedorzeczne, a do absolutnej samotności,wiaterka i przyjaznego krzaczka lub wydmy można się przyzwyczaić, a nawet polubić. Po nocy pełnej gwiazd,
legend i opowieści o zwyczajach polegliśmy, żeby rano cieszyć oko wschodem słońca. Mój stroż Summar Dolladnir dbał o to, by niczego mi nie brakowało. Bym nie nosila
swojej torby. Co rusz wkładal mi w ręce wcześniej wspomniany mentol z domieszką tabaki. Powtarzal co rusz Marija u are happy, I'm double happy;) a zatem byłam
szczęśliwa, żeby i jego podwójnie w tej wyprawie uszczęśliwić. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do posiadania tragarzy, a więc niewiele minęło, kiedy niemal zamieniliśmy
się rolami. Ja zaglądałam im w garnki, obierałam warzywa, ostatecznie wszyscy jechaliśmy na wielbłądach. Summar co rusz pokazywał mi nowe możliwości i zaznajamiał
z podstawami hindi. Nauczył prowadzić wielbłąda w rożny sposób. Komunikować się z nim i nadawać mu rożne tempa na komendy - od wolnego do naprawdę szybkiego
biegu. Dodajac do tego widok i smak indii w ustach... niezwykłe doswiadczenie. Chłopaki nie potrafią czytać. Nie rozpoznają znaków alfabetu. Posiadają proste telefony i
posługują się nimi w ciemno, na pamięć. Mają po jednej koszuli, Nowy Jork to dla nich Polska, a Indie znają tylko z tego skrawka, po którym stąpają. Jednocześnie płynie
z nich ciepło, autentyzm i mądrość taka, którą warto naśladować i o której warto słuchać.

Achh tak, prawie bym zapomniała. Z tą Mariją to historia jest taka, że muszę to imię zostawić tam, gdzie zostało mi nadane, czyli na pustyni. Pożegnałam się więc z
tą pustynną dziewczyną, ale cóż czuję, że nie na zawsze...

The Blue Bird