22.02.2015

Jodhpur

20.02 (autobus z Mombaju do Jodhpur)
Czas jest szalony. Opuszczamy Mombaj z uczuciem ulgi. Zaczynamy zdradzać pewne tubylcze zachowania. Wszechobecne wycie klaksonów
przestaje nam przeszkadzać do tego stopnia, że Seba dziś wstrzymał ruch nie do zatrzymania na małą chwilę. Z absolutnie indyjskim spokojem
wykazał się totalną znieczulicą. W tych Indiach chyba chodzi głównie o to, by nauczyć się patrzeć głębiej. Dostrzegać szczegóły.
Selekcjonować z dostarczanych bodźców tę prawdziwszą prawdę, bo łatwo o pozór. Cała frajda polega na tym, że zaczynam widzieć jakby dwie
rzeczywistości. Spoglądam przez okno i widzę ogólnie panujący brud, odrapane budynki, śmieci, stragany z dykt.
I nagle bam... w tłumie ludzi bezdomnych widzę wielu, którzy myją zęby wodą butelkowaną. Każdy dba o swój kawałek podłogi, który za dnia
przynosi zysk w postaci straganu, a wieczorem przeobraża się w miejsce snu. Dla nas to skrajne ubóstwo i bezdomność, ale oni mają swój biznes
i dach nad głową. Żyć dobrym życiem. Naprawdę ciężko odróżnić na ulicy czlowieka który na niej żyje i tego który tylko przechodzi.
Oni są w ciągłym ruchu, są zajęci. Po 7 h czekania na autobus przyobserwowałam taką scenę, jak dwaj panowie, którzy całe południe krzątali
się (nie wiem jeszcze czy konstruktywnie), zaczeli z zapałem czyścić fragment chodnika. Tak dokładnie jak sprząta się swój dom. Więcej.
Czują się tu bezpiecznie.
A zatem tak długo wpatrywałam się w krajobraz i ludzi Indii, że w końcu zaskoczyłam - z tego chaosu zaczął wylłaniać się ład.
I porządek życia. Nasze przywiązanie do murów, ogrodów na własność i tych wszystkich zgromadzonych rzeczy przestało na chwilę mieć takie
znaczenie. Mam czas, mam cenny czas. Jego nadmiar sprawia, że mogę w końcu dotrzeć wgłąb siebie tak daleko jak chcę.
Nie mam oddechu rzeczy do zrobienia na ramieniu. Nie muszę nic, a mogę w tym tak wiele. Transcendencja mnie inspiruje i określa.
Kiedy serce bije tak jak trzeba, czuję, że niebo jest bliżej. Czasem że jest naprawdę blisko.
Wszyscy mieliśmy wrażenie, że Mombaj nas wchłonie. Nie mogliśmy sie stamtąd wydostać. Łącznie z zagubionym paszportem, przegapieniem
pociągu, na który czekaliśmy 3 dni. I wielogodzinnym czekaniem....
Wszystko to w bardzo wesołej atmosferze.
Z tego czekania wyłoniło się zaproszenie do świątyni Sikhów. A tam chwila odpoczynku. Posiłek i dużo życzliwości. Napiliśmy się indyjskiej
herbaty z mlekiem i byliśmy naprawdę z siebie zadowoleni;)
Transport w Indiach ma pewne niedociągnięcia. Nigdy do końca nie ma pewności, że będzie, a że bedzie spóźniony to prawie pewne.
Czasem godzinę, czasem pięć. Wstaliśmy dziś przed wschodem, leniwie nań czekając rozpoznałam krajobraz z filmów dokumentalnych.
Jesteśmy w samym środku niebieskiego miasta, a za plecami wyrasta nam olbrzymi fort. Cudnie siedzieć tak niespiesznie na dachu i
czekać na zawodowo zaparzony czai, czyli herbatę z mlekiem i przyprawami.
Gdyby tylko można było zatrzymać tę chwilę na dłużej... Do usłyszenia!

PS. Mamuś przyjrzyj się dziewczynce ze zdjęcia;) była bardzo szczęśliwa.

The Blue Bird