23.02.2015

Czuję się jak Król, trochę brudny ale Król!

Czuję się jak król - trochę brudny, ale zawsze król!

W poszukiwaniu ciszy i braku ludzi wybraliśmy się nad jezioro Calanya. Staliśmy się dość stanowczy w negocjowaniu riksz i taksówek. Do tego stopnia, że część trasy chodzimy pieszo, bo oni też są dość zdeterminowani. Kręcą głowami, pokrzykują, okazują dezaprobatę. Osobiście dałabym im wszystkie pieniądze świata i zabrałabym do domu. Ale po pierwsze pomieszkuje u mamci, a po drugie nie mam pieniędzy - rachunek jest prosty - dużo chodzę;) Jodhpur zaprosił nas w progi prywatnego domu. W drodze powrotnej z pustynnego jeziora zatrzymała sie półciężarówka widoczna na jednym ze zdjęć i przyjemny pan zabrał nas do swojego domu, w zaskakująco dobrej dzielnicy. Przedstawił żonę i swoje dzieci. Poczęstował herbatą i widać było jego zadowolenie z faktu, że dorwał taką oto białą ciekawostkę. Kolejna okazja poznać Indie od środka. Pomóc przygotować herbatę. Zobaczyć wnętrze. Mieliśmy w planach dotrzeć jeszcze do pałacu Maharadży, ale w obliczu żywej kultury nikt z nas nie odważył się wspomnieć o realizacji planu. W nagrodę (oczywiście w moim odczuciu) była jeszcze wycieczka do szkoły. Nie wiem czy nagroda była większa dla mnie czy tych dzieciaków,
ale była ogromna. Szkoła prowadzona dla dzieci niewidomych, niemych i głuchych. Pograliśmy w siatę, poskakaliśmy. Zobaczyliśmy wszystko od wewnątrz, achhh wspaniale...w tym przypadku język hindi był zupełnie zbędny. Odchodząc czułam jak pragnienie wnoszenia "czegoś" rosło we mnie w niekontrolowany sposób, szczególnie że są takie przypadki, kiedy sama obecność jest urozmaiceniem, które w głowie dziecka może urosnąć do permanentnego wspomnienia, które będzie po prostu miłe, może jako jedno z nielicznych. Oby tak było w przypadku tych małych ludzi.

Pałac maharadży odhaczyliśmy bez zbędnych ceregieli, bardziej w formie trekkingu. Są tacy, którzy mówią, że w Indiach nie ma szans złapać stopa... spostrzeżenie o tyle ciekawe, że nam się to udaje za każdym razem, gdy tylko o tym pomyślimy i dzieje się to bez udziału kończyn przednich. Ważne jest jednak, by jasno ustalić zasady
przejazdu głośno artykuując "for free" przed usadowieniem swoich 4 liter. Musimy być bardzo pewni i stanowczy. Nie ma wyjścia albo oni albo my. W przypadku małego budżetu lepiej, żebysmy to jedbak byli my i nasze zasady. Ruszyliśmy w stronę Jaisalmer. Wspominałam o szczurach? No cóż... są! Bytują sobie najczęściej na
dworcach i mają się tam całkiem nieźle. Czasem w porównaniu do ludzi, psów i krów są w naprawdę dobrej kondycji i wyglądają na całkiem zdrową i wesołą gromadkę. Osobiście nie lubię, unikam, ale bajka Ratatuj istotnie wpłynęła na złagodzenie odbioru gryzoni. Studenci jadący w kierunku Rishikesh potwierdzili fakt, że Indie to kraj ludzi o dobrych sercach i mądrych głowach. Kolejny pociąg, poranny atak taksówek i sprzedawców przetrwaliśmy dzielnie i ostatecznie spędziliśmy dzień w Jaisalmer, z którego jutro ruszamy na pustynię. Pierwszą wykonaną hennę uważam za fuszerkę i wietrzę nadzieję na prawdziwy majstersztyk niebawem. Natomiast sprzedawca szalików tak skutecznie zabił mnie ilością rupii do zapłacenia, że jeśli przywiozę kilo piasku z pustyni i rozdam w fiolkach, to proszę nie miejcie mi za złe. Fakt umiejętności odmówienia liczę sobie teraz za szczyt odwagi i asertywności, ale wierzcie mi nie było łatwo patrzeć na jego zaangażowanie, a potem zawód. Gdyby tak móc stać się Hinduską na jeden dzień...

Taka forma podróżowania to sprawa nie dla wszystkich, ale z pewnością jest to gra warta świeczki. Minął tydzień, a my już przestajemy mnożyć w głowie turystyczne scenariusze rodem z przewodników. Pozwalamy sobie dokładnie na to, na co mamy ochotę. Nie szukamy pogłosu, kolejnych stoisk, atrakcji. To wszystko tu jest i
trzeba tego doświadczyć, ale my chcemy więcej, inaczej, normalniej. Może to tylko ja, ale chcę widzieć życie w Indiach takim, jakim jest. Utkane z codziennych obowiązków, trudów. Bo takie ono jest. Bo to moje życie, tu czy tam, blisko czy daleko. I chciałabym, żeby nie było turystyczne. Na chwilę. Żeby nie było ciekawostką,
ale odkryciem. Nie zdjęciem, a prawdziwym malowidłem. Dlatego też kupowanie pamiątek stanowi dla mnie problem. Bo pamiątki mówią o tym, że byłeś gdzieś na chwilę, przejazdem, a ja to bym chciała przepełnione treścią przedmioty, które niosą ze sobą życie, funkcjonalność, piękno i ducha. Może przesadzam, ale trudno coś takiego znaleźć na straganie. Ba, jestem pewna, że to niemożliwe! Pustynia Thar przed nami, a chłopaki mówią, żeby jak najdalej, żeby jak najbardziej dziko, żeby piachem w twarz i skorpionem w tyłek a ja? A ja chętnie i burzę piaskową przetrwam, bo co zrobię, że mnie się to podoba!


The Blue Bird